Zielona pasja

Chyba tylko ogrodnik jest w stanie wyobrazić sobie to uczucie, jakie towarzyszy objęciu w posiadanie półtora hektara ziemi, zwłaszcza, gdy do tej pory miało się kilka arów. Cudo, spełnienie marzeń, rozkosz.



Kiedyś wszystkie nasze pasje ogrodnicze musiały pomieścić się w małym ogródku, gdzie warstwa próchnicy miała niecałe 15 centymetrów, a pod nią były iły zmieszane z kawałkami dolomitu. Zaczęliśmy w 1992 roku obejmując w posiadanie podmiejski ogródek. Na miejscu wypielęgnowanego trawnika założyliśmy ogród warzywny i obsadziliśmy tujowym żywopłotem, brr.  Nie mając pojęcia o ogrodnictwie zaczęliśmy od klasycznego podejścia wspieranego sztucznymi nawozami i opryskami. Z zapałem opryskiwałam brzoskwinie przeciw kędzierzawości, trułam majowe mszyce na wiciokrzewie, bezskutecznie walczyłam z czarną plamistością na różach. Przez te wszystkie lata wraz ze wzrostem wiedzy i doświadczenia  zmieniała się nasza filozofia ogrodnictwa. Nauczyliśmy się robić kompost, nalewki z pokrzyw i wrotyczu, zastępować gatunki podatne na choroby bardziej odpornymi, a betonowy niewielki basen wymagający chemicznej ochrony przed glonami zamieniliśmy w tętniąca życiem sadzawkę. I tak powstał nasz rajski azyl.










Z żalem rozstawaliśmy się z naszym azylem, na szczęście byliny (niestety nie wszystkie, bo na resztę zabrakło czasu) i większość różanych krzewów udało się przesadzić do Janic. Poniżej kilka z nich.







Największych nawet nie próbowaliśmy przesadzać, musieliśmy się z nimi pożegnać. W Małopolsce została  olbrzymia Lykkefund, Rosa helenae Semiplena i oszałamiająco pachnąca Zephirine Drouhin. Te same odmiany posadziliśmy w Janicach , ale są jeszcze malutkie. Na pocieszenie zostały nam tylko zdjęcia.




Pożegnaliśmy stary ogród i w Janicach zaczynamy wszystko od nowa. Po dwudziestu pięciu latach pielęgnowania małego ogródka nareszcie mogę poszaleć! Zaraz po zakupie gospodarstwa powstał projekt pięknego, permakulturowego ogrodu, a potem ze trzydzieści jego modyfikacji. Dlaczego?  Bo dopiero poznaję tę ziemię, obserwuję gdzie są enklawy ciepła, a gdzie wieją dokuczliwe górskie wiatry, gdzie ziemia radzi sobie z nadmiarem wody, a gdzie trzeba pomóc jej odpływać. Chciałabym stworzyć kilka różnych biotopów, uzyskać efekt styku między ekosystemami, wzmocnić bioróżnorodność. Do tej pory większość terenu stanowiła jednolita łąka z kilkoma wilgotnymi miejscami. Tam, gdzie pojawiały się sity, będzie fragment bagienny, obok są warunki do utworzenia wilgotnej łąki z kosaćcami. W planie było kilka niewielkich stawów i sezonowo pojawiający się strumyk. Znalazło się też miejsce odpowiednie na murawę kserotermiczną, ale większość terenu mają zajmować jedno- i dwukośne łąki . Choć do tej pory trzeba było skupić się na remoncie domu, trochę planów udało się zrealizować. Na początek w podmokłych miejscach wykopaliśmy kilka sadzawek.





Wzdłuż ogrodzenia posadziliśmy ponad 600 sadzonek różnych krzewów, które mają służyć jako miejsce schronienia dla małych zwierząt i źródło pożywienia dla ptaków.

Po dwóch latach krzewy ładnie podrosły i są wyższe niż trawy na łące


Część łąki jest przeznaczona na ogród leśny czyli bogaty gatunkowo las uzupełniony drzewami i krzewami owocowymi. Tradycyjny sad też założyliśmy, by móc obserwować różnice  między nimi. Jednolita łąka dzięki wyznaczeniu obszarów o różnej częstotliwości koszenia wzbogaci się o nowe gatunki. Część została wygrodzona i powstało pastwisko, na razie użytkowane tylko przez kury, ale docelowo będzie "koszone" i nawożone przez owce. Jest też nieduże pole uprawne zasiewane gryką i innymi roślinami miododajnymi, jagodnik i kilka warzywników







 








Oprócz tych wszystkich pożytecznych i rozsądnych upraw musiało znaleźć się miejsce na coś mało praktycznego, a czasem wręcz kłopotliwego czyli róże. To moja największa miłość. Ich widok sprawia, że zapominam o bolącym kręgosłupie i poranionych kolcami rękach. Uwielbiam stare odmiany i róże dzikie. W mojej kolekcji nie brakuje też róż parkowych, rabatowych i cudnie pachnących angielek. Uzupełniam je bylinami i napawam się ich pięknem od wiosny do jesieni. Z poprzedniego ogrodu przywieźliśmy ok. pięćdziesiąt odmian, wszystkie się przyjęły, ale upłynie sporo czasu zanim wrócą do formy. Niestety, nie znaleźliśmy dotychczas dość czasu, aby przygotować dla nich odpowiednie miejsca. Posadzone losowo tam, gdzie akurat było miejsce, cierpliwie czekają na swoją kolej.






W ubiegłym sezonie ogród ozdobny nie prezentował się zbyt okazale. Stare krzewy różane na razie są w stanie rekonwalescencji po przesadzaniu, młode potrzebują dwóch-trzech lat, aby zaprezentować swą urodę. Ale w tym roku od strony drogi powstanie tradycyjny wiejski ogródek z daliami, słonecznikami, malwami i mnóstwem innych kwiatów. Nie mogłam zdecydować się, które wybrać, więc posadzę wszystkie ulubione. Aby je pomieścić, przygotowałam dla nich sto metrów kwadratowych. Będzie czym się zachwycać!
Zapisz

7 komentarzy:

  1. Wszystko przemyślane, wysoka agrokultura, współistnienie. Doświadczenie. Brawo !

    OdpowiedzUsuń
  2. Potraficie wykorzystać potencjał ziemię i jej potencjał jak mało kto!
    Super...

    OdpowiedzUsuń
  3. Miłośnik przyrody19 listopada 2017 11:57

    Co się dzieje aktualnie przed sezonem zimowym ? Jak się rozwija ten ogrodowy projekt ?
    Czy może garść nowinek wszelkiej maści z Janic ? :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Właśnie oglądałam "Daleko od miasta" z państwem w roli głównej. Zaintrygowała mnie ta kwestia drzew, tzn że w tych okolicach sądziło się kiedyś obowiązkowo lupę, jesion i kasztana. Czy wie może Pani dlaczego sądzono te drzewa? Czy była to po prostu taki zwyczaj?pozdrawiam Magda

    OdpowiedzUsuń
  5. Właśnie oglądałam "Daleko od miasta" z państwem w roli głównej. Zaintrygowała mnie ta kwestia drzew, tzn że w tych okolicach sądziło się kiedyś obowiązkowo lupę, jesion i kasztana. Czy wie może Pani dlaczego sądzono te drzewa? Czy była to po prostu taki zwyczaj?pozdrawiam Magda

    OdpowiedzUsuń